Polski transport jest europejskim liderem. Branża coraz mocniej odczuwa spowolnienie, koszty i presję regulacyjną

Polska branża transportowa pozostaje jedną z najmocniejszych w Europie, ale jej przewaga konkurencyjna jest w coraz większym stopniu wystawiana na próbę. Przewoźnicy mierzą się ze spowolnieniem rynku, rosnącymi kosztami, niepewnością geopolityczną, brakiem kierowców i coraz bardziej złożonym otoczeniem regulacyjnym. Jednocześnie transformacja energetyczna i cyfrowa może się stać dla sektora szansą, pod warunkiem że będzie wsparta stabilnymi przepisami, dostępem do finansowania, rozwojem infrastruktury i sprawniejszą administracją.

Skalę znaczenia polskich przewoźników potwierdzają dane Eurostatu. W 2024 roku transport drogowy w Unii Europejskiej wykonał łącznie 1869 mld tkm pracy przewozowej, a Polska – z wynikiem 368 mld tkm – pozostała największym rynkiem w Unii, odpowiadając za prawie 20 proc. całego wolumenu. Jednocześnie dane krajowe pokazują pogorszenie koniunktury. Według GUS w 2024 roku wszystkimi rodzajami transportu przewieziono w Polsce 2138,5 mln t ładunków, o 3,9 proc. mniej niż rok wcześniej, a sam transport samochodowy odnotował spadek przewozów o 4,2 proc.

– Polska stała się dominującą siłą w transporcie drogowym, nie tylko w regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Polskie firmy transportowe i ich ciężarówki są bardzo widoczne w całej Europie – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Grozdanovski, wiceprezes Volvo Trucks na Europę Środkowo-Wschodnią i Wschodnią.

Jak podkreśla, jedną z przewag polskiego rynku pozostaje dostępność kierowców. Polska korzysta zarówno z relatywnie dużej populacji, jak i z napływu pracowników z krajów sąsiednich, którzy chcą pracować w tym sektorze. W dłuższej perspektywie branża będzie jednak musiała zadbać o dopływ nowych kadr.

 Nawet jeśli obecnie mamy całkiem niezłą kadrę kierowców, musimy zadbać o to, by zawód ten przyciągał młodsze pokolenie. System edukacji i ośrodki rozwoju kompetencji muszą podjąć wysiłki, aby zapewnić nam odpowiednią kadrę w przyszłości, kiedy wielu obecnych kierowców przejdzie na emeryturę – wskazuje Robert Grozdanovski.

Problem kadrowy jest jednym z czynników, które mogą ograniczać konkurencyjność polskich przewoźników na rynku europejskim. Z danych GITD wynika, że na koniec 2025 roku ważne były 43 924 licencje wspólnotowe na międzynarodowy przewóz rzeczy oraz 301 320 wypisów dla pojazdów powyżej 3,5 t. Rok wcześniej było to odpowiednio 45 054 licencji i 304 120 wypisów. Spadła również liczba wydawanych świadectw kierowców dla obywateli państw spoza UE.

– Na horyzoncie bardzo mocno doskwiera nam brak kierowców. Cały proces legalizacji obcokrajowców do pracy w branży transportowej to jedna wielka tragedia. Przeciąganie tej sytuacji spowoduje, że coraz mocniej będziemy tracić na kabotażowym rynku europejskim przez brak konkurencyjności – ocenia Jan Załubski, prezes Zet Transport. – W branży słyszymy o mocnym spowolnieniu, wręcz o najpoważniejszym kryzysie od dwóch dekad. Faktycznie widzimy dużo upadłości, spowolnienie rynku i załamanie łańcuchów eksportowych, ale sytuacja przedsiębiorstw jest zróżnicowana.

Branża wskazuje, że obecne spowolnienie szczególnie mocno uderza w mniejsze firmy, które przez lata były fundamentem polskiego transportu drogowego. Widać to także w danych dotyczących postępowań restrukturyzacyjnych. Według raportu MGBI w 2024 roku restrukturyzację rozpoczęło 635 przedsiębiorstw transportowych, z czego 534 stanowiły firmy zajmujące się drogowym przewozem towarów.

Jak podkreśla Jan Załubski, część większych i lepiej zorganizowanych przedsiębiorstw nadal inwestuje, ale obecne warunki wymagają zupełnie nowego modelu zarządzania. Przewoźnicy muszą znacznie dokładniej analizować rentowność zleceń, klientów, tras i pojazdów, a do tego coraz częściej potrzebują zaawansowanych narzędzi cyfrowych.

 Bardzo zaawansowane metody informatyczne i AI są konieczne do wdrożenia w naszej branży. Mam na myśli analizę danych w czasie rzeczywistym i dashboardy AI, które pozwolą analizować rentowność praktycznie online: na kilometr, na ciężarówkę, na klienta – mówi prezes Zet Transport. – Odpowiedzią jest zmiana modelu zarządzania pojazdem i szukanie maksymalnej optymalizacji w każdym obszarze.

Na decyzje inwestycyjne firm z sektora TSL silnie wpływa obecne otoczenie makroekonomiczne i geopolityczne. Konflikty zbrojne, niestabilność rynków paliw i surowców oraz niepewność gospodarcza powodują, że część przedsiębiorstw ogranicza wydatki do inwestycji odtworzeniowych. Potwierdzają to także dane GUS: w 2024 roku przychody ze sprzedaży usług w jednostkach transportu wzrosły o 3,5 proc., do 489 mld zł, ale koszty własne sprzedanych usług zwiększyły się znacznie szybciej – o 10,2 proc., do 453,2 mld zł.

 Konflikty i niepewność, zarówno związane z wojną za naszą granicą, jak i sytuacją na Bliskim Wschodzie, wpływają na powstrzymywanie się od inwestycji w dalszej perspektywie. Floty przede wszystkim wymieniają tabor, czyli jest to działanie odtwórcze, a nie wzmacnianie floty – wskazuje Adrian Wilisz, dyrektor operacyjny OMEGA Transport.

Jego zdaniem największym ryzykiem strategicznym w najbliższych latach pozostaną niepewność geopolityczna oraz sytuacja paliwowa. Wahania cen paliw i surowców powiązanych z ropą naftową wpływają nie tylko na koszty przewozów, ale też na funkcjonowanie całych łańcuchów dostaw.

Mimo trudnego otoczenia transformacja energetyczna i ekologiczna może być dla polskiego sektora szansą na dalsze budowanie przewagi konkurencyjnej.

– Ważne jest maksymalne wykorzystanie środków, które można pozyskać, i ustawienie ścieżki dotyczącej całego cyklu transformacji, począwszy od infrastruktury drogowej czy zakupu środków transportu – wskazuje Adrian Wilisz.

Tematy związane z przyszłością sektora – dekarbonizacją, elektryfikacją, cyfryzacją, finansowaniem, bezpieczeństwem i zarządzaniem flotą – były jednymi z głównych osi siódmej edycji Targów Rozwiązań Transportowych 4Poland – Przyszłość Transportu, które odbyły się 11 czerwca 2026 roku. Wydarzenie pokazuje, że transformacja branży nie ogranicza się dziś do wymiany pojazdów. To cały ekosystem obejmujący energię, infrastrukturę, dane, finansowanie, ubezpieczenia, serwis i kadry.

Producenci ciężarówek deklarują gotowość technologiczną do dekarbonizacji, ale zwracają uwagę, że sam dostęp do nisko- i zeroemisyjnych pojazdów nie wystarczy, jeżeli równolegle nie powstanie odpowiednia infrastruktura i system zachęt dla przewoźników. Przedstawiciele branży podkreślają jednak, że regulacje powinny wyznaczać ramy rozwoju, a nie nadmiernie obciążać przedsiębiorców. Transport jest sektorem silnie regulowanym, a częste zmiany przepisów utrudniają firmom planowanie inwestycji i utrzymanie konkurencyjności.

– Jesteśmy gotowi, nasze produkty są gotowe już od kilku lat, ale brakuje odpowiedniego ekosystemu i politycznego impetu. Potrzeba więcej działań ze strony ustawodawców i polityków, aby ustanowić przepisy kierujące nas w stronę bardziej zrównoważonego transportu – ocenia Robert Grozdanovski. – Prowadzenie firmy transportowej dzisiaj naprawdę nie jest łatwe. To ogromna liczba przepisów, a mniejszym firmom trudno jest zachować zgodność ze wszystkimi wymogami. Ogólnie w Unii Europejskiej regulujemy zbyt wiele. Powinniśmy wyznaczać granice, ale jednocześnie dać branży więcej swobody w zakresie rozwoju i ustalania standardów.

Na przeregulowanie zwracają uwagę także sami przewoźnicy. Ich zdaniem część krajowych i unijnych przepisów, w tym regulacje wdrażane pod wpływem Pakietu Mobilności, zwiększyła koszty prowadzenia działalności i osłabiła konkurencyjność polskich firm wobec przedsiębiorstw z innych państw.

 To, co zostało zaimplementowane do przepisów krajowych pod wpływem Pakietu Mobilności, jest dla nas kontrproduktywne. Wysokie koszty utrzymania kierowcy powodują, że dużo firm poszukuje przeniesienia działalności np. do Rumunii. Dobrze byłoby, aby branża i politycy znaleźli wspólne zrozumienie tego problemu – mówi Jan Załubski. – Rynek europejski to nasze wielkie dobrodziejstwo. Prawie 500 mln konsumentów i otwarte granice pozwoliły polskiej branży transportowej się rozwinąć. Natomiast różnego rodzaju regulacje w poszczególnych krajach trochę zamykają ten rynek i zakłócają swobodny, konkurencyjny przepływ usług.

Zdaniem ekspertów najbliższe lata zdecydują o tym, czy Polska utrzyma dominującą pozycję w europejskim transporcie drogowym. Kluczowe będą stabilne przepisy, szybsze procedury administracyjne, dostęp do kierowców, rozwój infrastruktury, finansowanie transformacji oraz cyfryzacja firm. Bez tych elementów przewaga budowana przez polskich przewoźników przez ostatnie dwie dekady może stopniowo słabnąć, szczególnie wśród mniejszych przedsiębiorstw.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polski-transport-jest,p731597426

Cyberataki elementem osłabiania gospodarki i bezpieczeństwa państw. Na celowniku administracja, infrastruktura krytyczna i biznes

Cyberataki coraz częściej są wymierzone nie tylko w firmy, ale także w infrastrukturę krytyczną, administrację publiczną i sektory odpowiedzialne za funkcjonowanie państwa. Eksperci podkreślają, że ich skutki wykraczają daleko poza obszar finansowy – cyberataki mogą osłabiać konkurencyjność gospodarek, odporność kluczowych systemów oraz wizerunek państw na arenie międzynarodowej.

 Systemy IT są kluczowe dla działania państwa. Kontrolują systemy energetyczne, wodociągi, komunikację miejską – nie ma obszaru, który nie byłby w tej chwili związany w większy czy mniejszy sposób z IT. W związku z tym bezpieczeństwo systemów i narzędzi IT jest krytyczne dla obrony przed atakami z zewnątrz – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Piotr Ferszka, prezes SAP Polska.

Z raportu ENISA, czyli Agencji UE ds. Cyberbezpieczeństwa, „Threat Landscape 2025”, w którym przeanalizowano 4875 incydentów cyberbezpieczeństwa w Europie między lipcem 2024 a czerwcem 2025 roku, wynika, że ataki najczęściej dotyczyły administracji publicznej (38,2 proc.), a następnie transportu, infrastruktury i usług cyfrowych, finansów i produkcji. W 60 proc. incydentów wykorzystano phishing, m.in. fałszywe wiadomości e-mail, reklamy internetowe i oszustwa telefoniczne. ENISA zwraca również uwagę na rosnącą rolę działań cyberprzestępców wykorzystujących socjotechnikę oraz narzędzia oparte na sztucznej inteligencji.

– Cyberataki osłabiają sprawność przedsiębiorstw działających w Polsce, a przez to obniżają konkurencyjność naszej gospodarki, co może powodować zmniejszenie podatków, przez co mamy mniej pieniędzy na obronność związaną z atakami kinetycznymi. W związku z tym obszar IT jest kluczowy i krytyczny dla ciągłości działania państwa – tłumaczy Piotr Ferszka.

CERT Polska podkreśla, że cyberincydenty dotyczą dziś nie tylko samych systemów IT, ale również danych klientów, łańcuchów dostaw oraz funkcjonowania przedsiębiorstw i instytucji. Z kolei ENISA wskazuje, że ataki obejmują już nie tylko największe korporacje, ale także mniejsze firmy uczestniczące w cyfrowych łańcuchach dostaw.

To jest element osłabiania gospodarczego kraju, ale też jego reputacji. Jeżeli są atakowane instytucje publiczne, państwowe, zmniejsza to zaufanie obywateli, ale też szkodzi wizerunkowi Polski na scenie międzynarodowej. W związku z tym ma to wielowymiarowy wpływ na to, w jakim stanie polska gospodarka i polska obronność się znajdą – mówi prezes SAP Polska.

Jak wynika z „Barometru cyberbezpieczeństwa 2026” KPMG, w ubiegłym roku 96 proc. firm w Polsce doświadczyło przynajmniej jednego incydentu bezpieczeństwa – jest to wzrost o 13 pp. w ujęciu rocznym i rekordowy odczyt w dziewięcioletniej historii tego badania.

– Firmy, zarówno te duże, jak i małe i średnie, podchodzą w sposób poważny do zagrożeń cyberbezpieczeństwa. Zdają sobie sprawę, że dane, które posiadają, są ich naturalnym źródłem przewagi konkurencyjnej, w związku z tym w sposób naturalny myślą, w jaki sposób zabezpieczyć się przed cyberatakiem i zapewnić ciągłość działania przedsiębiorstwa. Ostatnie cztery lata, od lutego 2022 roku, pokazują, że Polska jest miejscem zmasowanych cyberataków – przypomina Piotr Ferszka. – Mamy kilka przykładów, kiedy okazały się one skuteczne, natomiast przy tej masie setek tysięcy ataków wydaje się, że przygotowanie i poziom zabezpieczeń jest na całkiem przyzwoitym poziomie.

Jak podaje CERT Polska, 29 grudnia 2025 roku doszło do skoordynowanych ataków wymierzonych w polską infrastrukturę energetyczną. Objęły one ponad 30 farm wiatrowych i fotowoltaicznych, spółkę prywatną z sektora produkcyjnego oraz elektrociepłownię dostarczającą ciepło dla blisko pół miliona odbiorców. Ataki miały charakter destrukcyjny i były wymierzone zarówno w systemy informatyczne, jak i urządzenia sterujące infrastrukturą przemysłową. Do incydentów doszło w okresie niskich temperatur i zamieci śnieżnych. Eksperci wskazują, że w przypadku elektrociepłowni atak poprzedziły przejęcie uprzywilejowanych kont i obecność napastników w systemach zakładu. Mimo skali działań nie doszło do przerw w dostawach energii, a system elektroenergetyczny zachował stabilność.

– To był dość poważny test i go przeszliśmy, natomiast to jest niestety niekończąca się historia. Powinniśmy na co dzień ulepszać nie tylko nasze technologie, ale i procedury, procesy, które pozwalają nam w sposób zwięzły i spójny trzymać dostęp do informacji, również edukować użytkowników, w jaki sposób nie ulegać socjotechnice i wyłudzeniom informacji – wskazuje prezes SAP Polska. – Pracownicy powinni czuć się odpowiedzialni za bezpieczeństwo w firmie, zarówno fizyczne, jak i cyber, ale chodzi też o procedury – jasno zdefiniowane, transparentne, prowadzące do tego, że każdy zna swoje miejsce w przypadku cyberzagrożenia czy zagrożenia fizycznego. Na te obszary trzeba zwracać uwagę i one leżą zdecydowanie w gestii każdego przedsiębiorcy.

Badanie firmy KPMG wskazuje, że w 2026 roku najwięcej miejsca w budżecie cyberbezpieczeństwa zajmą inwestycje w ochronę przed złośliwym oprogramowaniem, programy podnoszenia świadomości pracowników oraz bezpieczeństwo sieci wewnętrznej.

Jak wskazują eksperci, takie kompleksowe inwestycje przynoszą efekty w wielu wymiarach. Widać to m.in. w spadku średniego kosztu naruszenia bezpieczeństwa danych. Według „IBM Cost of a Data Breach Report 2025” w ubiegłym roku globalnie sięgnął on 4,4 mln dol., co oznacza spadek o 9 proc. w ujęciu rocznym. Głównymi przyczynami spadku były szybsze wykrywanie incydentów oraz skuteczniejsze działania mające na celu ich powstrzymanie i ograniczenie skutków. Szybkie przywracanie działania organizacji po atakach oraz ograniczanie skutków wycieku danych pozostają jednak jednym z najpoważniejszych wyzwań.

 Mamy wśród naszych klientów takie przypadki, gdzie przywrócenie podstawowej sprawności zajmowało dni, czasami godziny, natomiast przywrócenie pełnej sprawności i wykaraskanie się z problemów, które były związane choćby z kradzieżą danych i utratą reputacji, trwa często tygodniami, miesiącami i latami. W szczególności jeżeli mówimy o prywatnych przedsiębiorcach, których naturalną cechą jest konkurowanie na rynku polskim czy zagranicznym. Utrata reputacji bezpośrednio przekłada się na wyniki finansowe. Jej odbudowa, w przeciwieństwie do odbudowy technologicznej i proceduralnej, jest znacznie trudniejsza – podkreśla Piotr Ferszka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/cyberataki-elementem,p1614686001

Przemysł nie rezygnuje z inwestycji mimo dużej niepewności. Napędzają je wysokie ceny energii

Mimo trudnej sytuacji rynkowej przedsiębiorstwa przemysłowe nie chcą wstrzymywać inwestycji. Jak wynika z raportu ABB Trends 2026/2027, blisko siedem na 10 firm planuje utrzymać lub zwiększyć nakłady. Motywacją są m.in. wysokie ceny energii, na które zwraca uwagę połowa badanych przedsiębiorstw. Jako priorytety inwestycyjne firmy wskazują efektywność energetyczną, automatyzację produkcji, sztuczną inteligencję i cyberbezpieczeństwo.

Szeroko rozumiany przemysł odpowiada dziś za ponad 20 proc. polskiego PKB, około 45 proc. eksportu i 4 mln miejsc pracy. Jego kondycja coraz mocniej zależy jednak od zdolności firm do automatyzacji produkcji, wykorzystania danych, ograniczania kosztów energii i wdrażania nowych technologii. Przedsiębiorstwa, które pozostaną na etapie punktowych wdrożeń i pilotaży, mogą w kolejnych latach zacząć tracić przewagę wobec konkurentów.

Na dalszy proces cyfryzacji najbardziej powinno wpływać dążenie firm do optymalizacji kosztów. Cyfryzacja pozwala na analizę procesów, wdrażanie nowych, efektywnych rozwiązań, a to jest konieczne, żeby firma mogła się rozwijać i zachować konkurencyjność na rynku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Stanisław Tański, prezes ABB Sp. z o.o.

W badaniu ABB, przeprowadzonym na 145 przedstawicielach polskiego przemysłu, 51 proc. z nich ocenia poziom automatyzacji w swojej organizacji jako minimalny lub niski. Wprawdzie prawie połowa korzysta z systemów SCADA/DCS, służących do monitorowania, sterowania i automatyzacji procesów przemysłowych, ale w wielu przypadkach są to rozwiązania wdrożone ponad 10 lat temu. To nie pozwala firmom w pełni efektywnie zarządzać energią i kosztami produkcji.

– Podstawowym problemem jest obecnie sytuacja na rynku energetycznym, związana z cenami energii, ale również bezpieczeństwem i stabilnością jej dostaw. Są to równocześnie, jak pokazuje nasze badanie, główne obszary planowanych inwestycji – wskazuje Stanisław Tański.

Na problem wysokich kosztów energii i surowców wskazuje 48 proc. badanych firm, a 68 proc. postrzega je jako zagrożenie dla własnej rentowności. W takich warunkach firmy coraz rzadziej próbują przenosić rosnące koszty na klientów. Zamiast tego szukają trwałych źródeł oszczędności – przede wszystkim poprzez zastosowanie technologii.

Z raportu ABB Trends 2026/2027 wynika, że 35 proc. przedsiębiorstw przemysłowych w Polsce planuje zwiększyć nakłady inwestycyjne, a 33 proc. zamierza utrzymać je na obecnym poziomie. 60 proc. respondentów planuje inwestycje w modernizację infrastruktury elektroenergetycznej.

– Na pierwszym miejscu priorytetów inwestycyjnych, z racji sytuacji rynkowej i dynamicznie zmieniających się cen energii, plasuje się efektywność energetyczna. Wychodzimy naprzeciw tym potrzebom i jesteśmy gotowi do współpracy w tym zakresie. Posiadamy szerokie portfolio rozwiązań, które umożliwia zwiększanie efektywności procesów produkcyjnych – mówi Sebastian Skała, dyrektor biznesu Systemów Napędowych w ABB w Polsce.

W obszarze efektywności energetycznej, którą jako priorytet wskazuje ok. 40 proc. respondentów, do tej pory inwestycje obejmowały głównie rozwiązania pozwalające na bieżący monitoring zużycia energii oraz odnawialne źródła energii. Znacznie rzadziej inwestycje skupiały się na wysokowydajnych silnikach elektrycznych czy magazynach energii.

Na drugim miejscu wśród priorytetów są automatyzacja i cyfryzacja. W obszarze automatyki dominują rozwiązania zwiększające kontrolę nad procesami i ograniczające ryzyko przestojów. Nowoczesne systemy SCADA/DCS wdrożyła prawie połowa przedsiębiorstw, a zdalny monitoring i diagnostykę urządzeń – 45 proc.

Jak podkreślają eksperci, to pokazuje, że polskie firmy zbudowały już fundamenty cyfryzacji, ale dopiero zaczynają wykorzystywać dane do predykcyjnego zarządzania procesami i automatyzacji decyzji operacyjnych. W tym modelu coraz większą rolę będą odgrywać takie technologie jak sztuczna inteligencja, analityka danych oraz głębsza integracja systemów IT i OT.

Mamy też widoczne inwestycje w cyberbezpieczeństwo – to jest coraz wyraźniejszy trend, ponieważ automatyzacja i cyfryzacja wymagają prawidłowego zabezpieczenia procesów produkcyjnych oraz danych – dodaje Sebastian Skała

Z raportu ABB wynika, że ponad jedna trzecia firm miała już do czynienia z incydentami cyberbezpieczeństwa, a niemal drugie tyle stwierdziło, że woli się w tej kwestii nie wypowiadać. Siłą rzeczy przedsiębiorcy planują zwiększać inwestycje również w tym obszarze.

Coraz większe znaczenie zyskuje także sztuczna inteligencja, choć jej wykorzystanie nadal pozostaje ograniczone. Dane Eurostatu pokazują, że europejskie przedsiębiorstwa wciąż wykorzystują AI w ograniczonym stopniu. W 2025 roku mniej niż 20 proc. przedsiębiorstw w UE (w większości przypadków są to duże firmy) wykorzystywało technologie sztucznej inteligencji.

AI powoli wdziera się w sferę przemysłu. Ten trend będzie się dynamicznie rozwijał. Musimy tylko dać mu nieco czasu – mówi dyrektor biznesu Systemów Napędowych w ABB w Polsce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przemysl-nie-rezygnuje-z,p2115732700

Energetyka w coraz większym stopniu oparta na danych. Firmy nie umieją ich wykorzystać

0

Postępująca cyfryzacja energetyki umożliwia monitorowanie sieci energetycznych i zużycia energii oraz zarządzanie tym obszarem. Choć dostępne są narzędzia, które automatyzują ten obszar, firmy rzadko z nich korzystają. Co więcej, nie zbierają i nie śledzą danych na temat zużycia energii i jej potencjalnego marnotrawstwa, a to może prowadzić do strat w postaci nie tylko nadpłat za energię, lecz także utraconych korzyści strategicznych. 

– Jako partner software’owy i dostawca usług cyfrowych widzimy pewien trend, który nazywamy inteligentną elektryfikacją. To jest potrzeba zastosowania produktów i rozwiązań cyfrowych, które usprawnią efektywność energetyczną systemu elektroenergetycznego. Krajobraz energetyczny się zmienia i dostrzegamy u naszych klientów potrzebę budowania nowych modeli biznesowych. Rozmawiamy z nimi i widzimy próbę dostosowania się do nowych zjawisk, jakie w sieci panują – mówi agencji Newseria Przemysław Liman, CEE & Baltics Sales Head for Digital Grid, Schneider Electric.

Raport Schneider Electric „Ślepa strefa transformacji. Jak (nie)przygotowane są polskie przedsiębiorstwa do nowej rzeczywistości energetycznej?” wskazuje, że łącznie 48 proc. polskich firm funkcjonuje bez świadomego nadzoru nad zużyciem energii. Z tego 23 proc. firm w ogóle nie śledzi swoich profili zużycia energii, a 25 proc. nie posiada żadnego systemu monitorowania energii. 22 proc. badanych nie wie natomiast, jakie ma systemy.

Żeby dokonać digitalizacji, przede wszystkim musimy wiedzieć, czego właściwie potrzebujemy. Czyli zaczyna się od tak zwanego audytu świadomości. Musimy być świadomi, jakie kroki chcemy podjąć i jaki jest cel naszego procesu. Pierwszy poważny problem, który napotyka każdy zakład produkcyjny, to jest cyfrowa wieża Babel. Oznacza to tyle, że w zakładzie produkcyjnym mamy bardzo dużo różnych systemów, na przykład dotyczących technologii operacyjnej (OT) czy IT, które działają odizolowane od siebie – podkreśla Tomasz Sierpiński, Industrial EUs, SIs & OEMs Sales Director, Schneider Electric. – Żeby dokonać pierwszego kroku w digitalizacji, należy zsynchronizować dane i zrobić pewien standard. Każdy, kto zaczyna ten proces, napotyka na początku problem związany z niekompatybilnością danych.

Wśród firm posiadających jakiekolwiek systemy monitoringu dominują podstawowe liczniki i smart metery (20 proc.). Zaawansowane rozwiązania – takie jak systemy EMS, BMS, SCADA, IoT – wdrożyło jedynie 13–16 proc. przedsiębiorstw, a jedynie 9 proc. – monitoring w czasie rzeczywistym.

– 35 proc. firm jest na etapie zupełnie podstawowym, czyli w kontekście efektywności energetycznej ani nie mierzą, ani nie zarządzają energią. Prawie 40 proc. jest w formie pośredniej, czyli coś mierzą, ale jeszcze nie optymalizują zużycia, a zaledwie 20 proc. firm można nazwać liderami w obszarze zarządzania i efektywności energetycznej, bo zarówno mierzą, jak i optymalizują i zarządzają zużyciem energii. Niestety prawie 40 proc. naszych klientów, czy w ogóle uczestników rynku elektroenergetycznego, to są firmy bardzo pasywne, nazywają się tylko konsumentami energii elektrycznej – mówi Przemysław Liman.

Łącznie 73 proc. firm albo nie ma systemów energetycznych, które można by zintegrować z systemami operacyjnymi, albo posiada systemy działające w izolacji. Pełną integrację osiągnęło zaledwie 8,6 proc. badanych organizacji. W efekcie zarządzanie energią pozostaje peryferyjną aktywnością biznesową firmy – niewidoczną dla systemów operacyjnych i wyłączoną z procesów decyzyjnych.

To oznacza dla przedsiębiorstw realne straty – bezpośrednie i strategiczne. W tej pierwszej grupie są m.in. nadpłaty za energię, jej marnotrawstwo (w postaci m.in. urządzeń o nadmiernym poborze), utracone oszczędności, a nawet potencjalne kary. 43 proc. ankietowanych firm deklaruje, że nigdy nie śledzi zmian w polskim sektorze energetycznym lub robi to rzadko, tymczasem dyrektywa NIS2 wymaga strategii cyberbezpieczeństwa OT, CSRD rozszerza obowiązki raportowania ESG, a obowiązkowe audyty energetyczne obejmują coraz więcej przedsiębiorców. Wśród zagrożeń strategicznych eksperci wskazują fakt, że firmy, które nie zarządzają energią, mają wyższe koszty operacyjne.

Przykładowo w energetyce zawodowej systemy klasy ADMS wspomagają zarządy spółek dystrybucyjnych w realizacji współczynników jakościowych KPI, chociażby w efekcie poprawy współczynników niezawodności SAIDI i SAIFI (dotyczących częstości przerw i długości przerw w dostawach energii elektrycznej). To jest wymierny efekt stosowania rozwiązań cyfrowych. Za tym idzie oczywiście bezpieczeństwo ekip terenowych, minimalizacja strat w systemie elektroenergetycznym – mówi Przemysław Liman. – Cyfryzacja w rozdziale energii to również tak zwane IoT, czyli internet rzeczy. To pobieranie informacji z czujników środowiskowych, takich jak np. rozdzielnice RM AirSeT czy SM AirSeT, dotyczących warunków środowiskowych, temperatury, prądów, jakości gazów czy wilgotności. 

Problem w tym, że firmy nie dostrzegają jeszcze korzyści z gromadzonych danych i nie umieją ich wykorzystać w praktyce operacyjnej.

Zakłady produkcyjne obecnie analizują bardzo wiele danych, większość z nich można potraktować jako szum informacyjny, ale kluczowa jest tutaj kontekstualizacja – mówi Tomasz Sierpiński. – Weźmy na przykład silnik w zakładzie produkcyjnym, który zużywa 50 kW energii. Jeżeli ustawimy to w kontekście i powiemy, że 50 kW energii potrzebne jest na wyprodukowanie 10 tys. produktów i nasza marża w związku z tym jest dodatnia, to ta informacja staje się bardzo ważna. Co więcej, dla jednych osób w zakładzie pewna dana będzie szumem, a dla innych będzie niezbędną informacją do prowadzenia biznesu. Musimy wziąć pod uwagę to, że dane w zakładzie produkcyjnym muszą trafiać do właściwych osób na właściwych stanowiskach.

O znaczeniu danych dużo się mówi w kontekście rozwoju narzędzi sztucznej inteligencji, które są już szeroko stosowane w zakładach produkcyjnych, m.in. w systemach utrzymania ruchu i modelach predykcyjnych.

Jesteśmy w tym momencie w stanie przewidywać usterki w zakładach produkcyjnych, zanim się one zdarzą. Po co mamy to robić? Właśnie po to, żeby wybrać najlepszą porę na naprawę maszyny. Nie opłaca nam się jej naprawiać wtedy, gdy pracuje i przynosi nam korzyść, możemy poczekać do weekendu i w ten sposób ograniczyć straty – wskazuje ekspert Schneider Electric. – AI będzie się stawało coraz mocniejsze, więc potrzebujemy bardziej wiarygodnych danych, z wiarygodnych źródeł. Dla nas wiarygodne źródła to są systemy zarządzania energią elektryczną typu EMS czy systemy SCADA zarządzające produkcją. Na podstawie tych danych jesteśmy w stanie zbudować tzw. cyfrowe bliźniaki, które odzwierciedlają pracę fabryki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/energetyka-w-coraz,p772639872

Nauka coraz silniej oparta na współpracy międzynarodowej. Bez tego trudno o przełomy w pracy nad globalnymi wyzwaniami

0

Międzynarodowa współpraca naukowa od lat pozostaje jednym z kluczowych motorów rozwoju badań i innowacji. Złożoność globalnych wyzwań sprawia, że umiędzynarodowienie nauki jeszcze mocniej zyskuje na znaczeniu – wskazują przedstawiciele Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, która wspólnie ze swoim niemieckim odpowiednikiem od 2006 roku nagradza polsko-niemieckie badania naukowe. W tym roku laureatami Nagrody Copernicus zostali matematycy – prof. Leszek Skrzypczak i prof. Dorothee Haroske, których wspólna praca przekłada się na rozwój nowych metod i narzędzi w analizie matematycznej.

Nauka nigdy nie powstaje w jednym kraju, mieście czy laboratorium. Obecnie dotyczy spraw tak złożonych, że wymagają one ścisłej współpracy. Izolując się, ograniczamy swoje możliwości. Tylko i wyłącznie współpracując z innymi krajami i naukowcami na całym świecie, jesteśmy w stanie osiągnąć sukces czy przełom – mówi agencji Newseria prof. Krzysztof Pyrć, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. – Możemy zapytać o to, co Polska zyskuje dzięki współpracy międzynarodowej w nauce. Współpraca międzynarodowa jest podwaliną wielu rodzajów dyplomacji, zresztą funkcjonuje termin „dyplomacja naukowa”, dlatego że ona buduje relacje zarówno technologiczne, jak i interpersonalne, które później są znacznie trwalsze niż jakakolwiek umowa.

Zgodnie z opublikowanym w maju br. raportem Komisji Europejskiej „Europejskie ramy dla dyplomacji naukowej”, współtworzonego przez 130 ekspertów z dziedziny nauki i dyplomacji, nauka i technologia w coraz większym stopniu stają się walutą geopolityczną, przez co dyplomacja naukowa może się przyczynić do wzmocnienia konkurencyjności Europy i maksymalizacji jej potencjału badawczego i innowacyjnego. Autorzy raportu podkreślają, że tylko wspólny wysiłek pomoże Unii rywalizować z bardziej asertywnymi potęgami gospodarczymi i naukowymi. Dlatego kluczowe znaczenie ma zaangażowanie i wspieranie podmiotów europejskiej dyplomacji naukowej, do których należą głównie naukowcy, dyplomaci, ale też biznes. Raport zawiera rekomendacje, które zwiększą widoczność i rolę dyplomacji naukowej.

– Międzynarodowa współpraca w dziedzinie nauki i badań ma ogromne znaczenie. Chciałabym powiedzieć, że jest to ważniejsze niż kiedykolwiek na kilku płaszczyznach. Jedną z nich jest fakt, że mamy tak wiele globalnych zagadnień badawczych, które wymagają uwagi i odpowiedzi. Można to osiągnąć jedynie w kontekście międzynarodowym i poprzez współpracę. To na przykład utrata bioróżnorodności, zmiany klimatyczne, a także kwestie odpowiedzialności społecznej czy migracji – uważa prof. Katja Becker, prezeska stowarzyszenia Deutsche Forschungsgemeinschaft (DFG), największej w Niemczech organizacji finansującej badania naukowe.

Niemcy są jednym z kluczowych partnerów Polski w zakresie badań naukowych, innowacji i wymiany akademickiej. We współpracę zaangażowanych jest wiele instytucji reprezentujących polski sektor badań i szkolnictwa wyższego. Na poziomie rządowym współpraca jest rozwijana przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz agencje wspierające badania naukowe i wymianę akademicką. 

– Polska i Niemcy są też bardzo silnymi partnerami w kontekście europejskim. Współpraca międzynarodowa zdecydowanie się przyczynia do zbliżenia i wzmocnienia europejskiej przestrzeni badawczej jako całości – podkreśla prof. Katja Becker. – Jest też wymiar współpracy dwustronnej między naszymi krajami, który jest bardzo silny. Oznacza to, że zainteresowanie współpracą wśród  naukowców w Polsce i Niemczech jest bardzo duże, a badania są doskonałe.

– Dwadzieścia lat temu Fundacja na rzecz Nauki Polskiej zdecydowała się rozpocząć przyznawanie Nagrody Copernicus wybitnym naukowcom z Polski i Niemiec, którzy ze sobą współpracują. W ten sposób chcieliśmy uhonorować z jednej strony doskonałą naukę, realizowaną pomiędzy krajami, ale również zbliżyć do siebie naukowców, żeby współpraca była jeszcze efektywniejsza. Nagroda Copernicus tylko w niewielkim stopniu finansuje badania, które laureaci prowadzą, a raczej ma zachęcać do współpracy – wyjaśnia prezes FNP.

Polsko-Niemiecka Nagroda Naukowa Copernicus jest przyznawana przez DFG i FNP za wybitne osiągnięcia naukowe będące owocem współpracy niemiecko-polskiej w dowolnej dziedzinie nauki, w tym w obszarze nauk humanistycznych i społecznych. Ośmioosobowe jury, w skład którego wchodzą naukowcy z obu państw, w tym roku doceniło prof. Leszka Skrzypczaka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i prof. Dorothee Haroske z Uniwersytetu Friedricha Schillera w Jenie za ich wspólną pracę naukową w dziedzinie analizy matematycznej i równań różniczkowych cząstkowych.

– Współpracuję z moim kolegą z Poznania już od ponad 20 lat i jest ku temu kilka powodów. Oboje bardzo lubimy tę dziedzinę matematyki, jaką jest analiza matematyczna, a także mamy podobne podejście do tego zagadnienia: pytamy o szczegóły, udzielamy precyzyjnych odpowiedzi na argumenty, zastanawiamy się, jak je przekształcić – podkreśla prof. Dorothee Haroske, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Naukowej Copernicus 2026.

Najważniejszym osiągnięciem naukowców jest stworzenie wspólnego języka dla różnych dziedzin zaawansowanej matematyki. Ich współpraca pozwoliła uporządkować wiedzę o tzw. przestrzeniach funkcyjnych. Można je sobie wyobrazić jako wielkie cyfrowe mapy, na których matematycy nanoszą informacje o tym, jak zmieniają się dźwięki, obrazy czy zjawiska fizyczne.

Wiele zjawisk otaczającego nas świata, takie jak rozchodzenie się światła i dźwięku czy przepływ wody, można opisać za pomocą równań matematyki. To są jakby instrukcje, które mówią nam, jak te procesy się toczą. Można to porównać z obserwowaniem ptaków. My nie szukamy konkretnych rozwiązań, nie interesujemy się konkretnym osobnikiem. Interesują nas cechy całego gatunku, własności wszelkich możliwych rozwiązań, na ile one są gładkie i regularne. Wiedza o tym pozwala nam powiedzieć coś o procesach, które te równania opisują: czy są stabilne, niestabilne, chaotyczne, czy uporządkowane – wyjaśnia prof. Leszek Skrzypczak, laureat Polsko-Niemieckiej Nagrody Naukowej Copernicus 2026.

Jury szczególnie doceniło sposób, w jaki badacze opisali działanie transformacji Fouriera, która rozkłada skomplikowane dane na proste, pojedyncze elementy. Dzięki odkryciu naukowców dokładnie wiadomo, kiedy to narzędzie zachowuje się w sposób przewidywalny i bezbłędny, nawet gdy pracuje się nad bardzo złożonymi problemami.

Pomyślmy o drgającej strunie np. w gitarze czy skrzypcach. Istnieją fizyczne modele opisujące to zjawisko – wyjaśnia prof. Dorothee Haroske. – Możemy myśleć jak matematyk i wyobrazić sobie, że mamy tylko masę całej struny rozłożoną w bardzo rzadki sposób, a potem możemy zapytać: jak by to brzmiało?”. Oczywiście nikt nie może naprawdę udowodnić ani obalić, że tak jest, ponieważ jest to czysto matematyczne, ale ma to związek z równaniem falowym, równaniem ciepła. To właśnie robimy.

Wypracowane przez badaczy modele, choć mają charakter teoretyczny, mogą mieć istotny wpływ na współczesną inżynierię. Mogą znaleźć zastosowanie w optymalizacji wielu procesów: od zaawansowanego przetwarzania obrazów i dźwięku (np. w technologiach kompresji i medycynie obrazowej), przez symulacje numeryczne stosowane w budownictwie, aż po modele stochastyczne wykorzystywane w prognozowaniu rynków finansowych i zmian klimatycznych. 

Współpraca prof. Haroske i prof. Skrzypczaka rozpoczęła się w 2006 roku. Do tej pory zaowocowała serią ponad 30 wspólnych publikacji w prestiżowych czasopismach matematycznych oraz wieloma wspólnie organizowanymi naukowymi konferencjami tematycznymi. 

Otrzymanie Nagrody Copernicus to wielki zaszczyt. Byłem bardzo zaskoczony, otrzymując wiadomość, że zostałem jej laureatem. Nie będę ukrywał, że to też była wielka radość. Nagroda w większości jest subsydium badawczym, dlatego mam nadzieję, że pozwoli nam kontynuować nasze badania z prof. Haroske oraz wciągnąć w nasz program badawczy młodych naukowców – zaznacza prof. Leszek Skrzypczak.

– Ponownie mamy dwóch fantastycznych laureatów Nagrody Copernicus. W tym roku są to znakomici matematycy, którzy pracują na światowym poziomie w swojej dziedzinie, jaką jest analiza oraz równania różniczkowe cząstkowe – wyjaśnia prof. Katja Becker.

Nagroda wynosi 200 tys. euro, po 100 tys. euro dla każdego z laureatów. Konkurs organizowany jest co dwa lata od 2006 roku. Wśród laureatów poprzednich edycji znaleźli się naukowcy, którzy zajmowali się m.in. badaniem planet pozasłonecznych, funkcjonowania mitochondriów czy niedokrwiennej choroby serca. 

– W ciągu ostatnich 20 lat Nagroda Copernicus wyróżniła współpracę pomiędzy polskimi i niemieckimi badaczami w bardzo różnych dziedzinach: od biologii, poprzez fizykę, aż po matematykę, która w tym roku została nagrodzona pierwszy raz w historii nagrody. Laureaci prowadzą badania, które można zaklasyfikować jako podstawowe, ale które są przełomowe i zmieniają wszechświat – tłumaczy prof. Krzysztof Pyrć.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nauka-coraz-silniej-oparta,p1545248773

Trwa duży program modernizacji Marynarki Wojennej RP. Rośnie zaangażowanie polskiego przemysłu

0

Wzmocnienie ochrony infrastruktury strategicznej na Bałtyku oraz bezpieczeństwa morskich szlaków komunikacyjnych należą do najważniejszych priorytetów Marynarki Wojennej. Realizowane na jej potrzeby programy mają odbudować jej zdolności bojowe. Prowadzony proces modernizacji to nie tylko szansa na wzmocnienie bezpieczeństwa kraju od północy, lecz również impuls dla polskiego przemysłu stoczniowego. Polska Grupa Zbrojeniowa zapowiada, że po realizacji programu fregat Miecznik i okrętu Ratownik jest gotowa budować kolejne jednostki dla Marynarki Wojennej.

 Bałtyk jest dziś bardzo istotnym akwenem, a naszym priorytetem jest zabezpieczenie infrastruktury krytycznej i energetycznej na morzu. Energetyka z południa Polski przenosi się na północ, to dla nas bardzo ważne, dlatego powiedziałbym, że bezpieczny Bałtyk to bezpieczna Polska – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria wiceadmirał Krzysztof Jaworski, dowódca Centrum Operacji Morskich – Dowództwo Komponentu Morskiego.

W ostatnich latach na Bałtyku dochodziło do uszkodzeń podmorskich kabli energetycznych i telekomunikacyjnych, m.in. między Finlandią, Estonią i Szwecją. Dlatego coraz większą wagę państwa NATO przywiązują do zabezpieczeń na wypadek takich zdarzeń. Ma to szczególne znaczenie także dla Polski, ponieważ w naszej części morza i na Wybrzeżu powstają kolejne elementy infrastruktury energetycznej, w tym elektrownia jądrowa, morskie farmy wiatrowe, gazociągi, terminale oraz podmorskie kable przesyłowe, które w razie kryzysu lub konfliktu mogą się stać celem sabotażu albo ataków hybrydowych.

– Infrastruktura krytyczna to energetyka, która jest niezbędna do funkcjonowania państwa, ale również linie komunikacyjne, czyli trzeba zapewnić bezpieczeństwo pływania jednostek handlowych dostarczających towary i wojsko, które jest potrzebne również w przypadku konfliktu – tłumaczy wadm. Krzysztof Jaworski.

Sprawdzeniu gotowości reagowania na kryzysy w regionie służą manewry BALTOPS, których kolejna, 55. edycja, odbędzie się między 4 a 19 czerwca. Siły sojusznicze NATO ćwiczą m.in. wykrywanie okrętów podwodnych, oczyszczanie szlaków żeglugowych z min czy odpieranie ataków jednostek nawodnych, samolotów i dronów. W ćwiczeniach uczestniczą okręty, lotnictwo i wojska specjalne z kilkunastu państw NATO. Manewry służą sprawdzeniu interoperacyjności wojsk sojuszniczych.

Ochrona szlaków komunikacyjnych i obiektów o znaczeniu strategicznym stała się jednym z głównych zadań marynarek wojennych państw NATO na Bałtyku. Jak podkreśla polskie dowództwo, to stawia przed nami wyzwania w zakresie dostosowania zdolności bojowych.

– Mamy niszczyciele min, nieco stare fregaty, ale czekamy na nowe, bo Mieczniki są już w drodze. Palącą potrzebą są okręty podwodne, niezbędne między innymi do zabezpieczenia infrastruktury krytycznej, ale niedługo będą trzy okręty, które zabezpieczą to działanie – mówi dowódca Centrum Operacji Morskich.

Znaczenie okrętów podwodnych dla działań na Bałtyku wzrosło wraz z rozbudową rosyjskich systemów rakietowych i rozpoznawczych w obwodzie królewieckim. Chodzi m.in. o systemy przeciwlotnicze i przeciwokrętowe, które utrudniają działanie jednostek nawodnych w części akwenu. Polska posiada we flocie jeden okręt podwodny – ORP Orzeł. W ramach programu Orka rząd zamierza pozyskać trzy nowe jednostki. W ubiegłym roku zdecydował o wyborze oferty Szwecji i trwają negocjacje umowy.

Okręt podwodny jest niesamowicie uniwersalną platformą. Dzięki swojej skrytości może działać nawet w obliczu tzw. bańki antydostępowej, którą Rosjanie zafundowali nam z obwodu królewieckiego – mają systemy, które nie pozwalają użyć okrętów nawodnych, więc okręty podwodne doskonale się nadają do tego, by można było rozpocząć poważne działania – mówi wadm. Krzysztof Jaworski. – Jeden okręt podwodny angażuje niesamowite liczby okrętów nawodnych, czyli jedna jednostka również jest w stanie dużo zdziałać.

Poza programem Orka dla Marynarki Wojennej RP realizowane są także programy Miecznik, który zakłada budowę trzech fregat wielozadaniowych: ORP Wicher, ORP Burza i ORP Huragan, czy Ratownik, obejmujący budowę nowego okrętu ratowniczego. Jednostki te powstają w PGZ Stoczni Wojennej w Gdyni.

– Marynarka Wojenna RP potrzebowała modernizacji i ona od wielu lat już się toczy. W 2017 roku Polska Grupa Zbrojeniowa przejęła Stocznię Marynarki Wojennej. Dzisiaj PGZ Stocznia Wojenna z upadającego przedsiębiorstwa stała się jedną z najnowocześniejszych stoczni w basenie Morza Bałtyckiego. Budujemy cztery jednostki jednocześnie: trzy fregaty rakietowe pod kryptonimem Miecznik i okręt Ratownik. To ogromne wyzwanie produkcyjne i logistyczne dla Polskiej Grupy Zbrojeniowej i ponad 100 firm, które z nami współpracują – podkreśla Jan Grabowski, wiceprezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej.

Według MON fregaty mają odpowiadać m.in. za ochronę szlaków komunikacyjnych, obronę przeciwlotniczą, a także zwalczanie okrętów nawodnych i podwodnych. Jednostki będą wykorzystywane również do osłony infrastruktury krytycznej, w tym farm wiatrowych, gazociągów i morskich połączeń przesyłowych.

Pod koniec kwietnia br. PGZ informowała o rozpoczęciu budowy trzeciego okrętu – ORP Huragan, co otworzyło ostatni etap realizacji programu Miecznik. Wicher ma zostać zwodowany w sierpniu tego roku, a Burza jest na etapie budowy sekcji kadłuba. Spółka podkreśla, że budowa fregat to przedsięwzięcie angażujące dziesiątki dostawców z całego świata, ale wiele z nich to krajowe podmioty.

 To polscy inżynierowie budują te okręty w polskiej stoczni. One są budowane na licencji z Wielkiej Brytanii, a oryginalny projekt Miecznika pochodzi z Danii, natomiast to jest polski produkt. Powstaje w Polsce z partnerami z zagranicy, którzy zawsze z nami będą, bo na przykład system zarządzania walką na Mieczniku dostarczany jest przez firmę Thales. W Polsce takich zdolności nie ma. Dlatego dobrze jest współpracować, bo synergia przemysłów buduje nasze wspólne bezpieczeństwo – wskazuje Jan Grabowski. – Rakiety CAMM, w które uzbrojone będą fregaty Miecznik, będą produkowane w Polsce na bazie współpracy z MBDA.

Od listopada 2025 roku w gdyńskiej stoczni trwa także budowa okrętu ratowniczego Ratownik. PGZ Stocznia Wojenna współpracuje również przy tym projekcie z innymi krajowymi podmiotami, m.in. Stocznią Szczecińską „Wulkan”, która wykona blok dziobowy okrętu.

– W najbliższych latach Marynarka Wojenna będzie potrzebowała 15 jednostek. Polska Grupa Zbrojeniowa jest gotowa na to, aby je zbudować i dostarczyć w terminie – zapewnia wiceprezes PGZ.

W ramach modernizacji Marynarki Wojennej RP trwa także budowa kolejnych niszczycieli min typu Kormoran II oraz okrętów rozpoznania radioelektronicznego Delfin. 28 maja 2026 roku Agencja Uzbrojenia zawarła ze Stocznią Remontową Shipbuilding umowę na pozyskanie dwóch okrętów hydrograficznych finansowanych ze środków SAFE. Będą to specjalistyczne jednostki wsparcia służące do pozyskiwania, gromadzenia i przetwarzania danych geoprzestrzennych na potrzeby Sił Zbrojnych RP.

– Flota, którą mamy zaplanowaną i którą konsekwentnie przemysł realizuje, to jest flota zbilansowana, która zapewni bezpieczeństwo Polski – ocenia wadm. Krzysztof Jaworski.

Marynarka Wojenna coraz mocniej stawia na rozwój systemów bezzałogowych, choć jak podkreślono w trakcie panelu podczas Defence24 Days, z powodzeniem są one stosowane już od wielu lat.

– Systemy bezzałogowe nie zastąpią załogowych okrętów nawodnych. Jest to system uzupełniający. Marynarka ma już wieloletnie doświadczenia, głównie mówimy o bezzałogowcach używanych w wojnie przeciwminowej, które monitorują przestrzeń podwodną i niszczą miny. Dodatkowo w tej chwili idziemy w kierunku rozpoznania, czyli bezzałogowych środków, które nie tylko są na wodzie, ale również w powietrzu, i które będą mogły wykonywać działania uderzeniowe – wskazuje wadm. Krzysztof Jaworski. – Spektrum jest szerokie. Chyba nie ma zadania, którego nie można przypisać bezzałogowcom, i w tym kierunku będziemy iść. Ale będzie to uzupełnienie środków załogowych okrętowych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trwa-duzy-program,p545589694